Czy jesteście / jesteśmy lepsi?!
Chrześcijaństwo od wieków było przestrzenią, w której człowiek mógł odnaleźć Boga, siebie i drugiego człowieka. Nie jest ono jedynie systemem wierzeń ani zbiorem moralnych nakazów, ale rzeczywistością nadprzyrodzoną, w której Bóg nieustannie objawia swoją obecność i miłość. Kościół – Ciało Chrystusa – został ustanowiony jako żywa wspólnota pielgrzymów, kroczących razem w pokorze i miłości, pragnących coraz głębiej uczestniczyć w misterium zbawienia. Miał być ikoną jedności Trójjedynego Boga, przestrzenią, w której spełnia się Chrystusowe wezwanie: „aby wszyscy stanowili jedno” (J 17,21 BBT).
Jednak Kościół to nie tylko wspólnota ludzka, ale także rzeczywistość mistyczna, która sięga poza granice czasu i przestrzeni. Święty Paweł naucza, że Kościół jest jednym organizmem, w którym każdy ochrzczony pełni swoją niepowtarzalną rolę: „Tak bowiem jak jedno jest ciało, a członków ma wiele, a wszystkie członki ciała, chociaż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem” (1 Kor 12,12 BBT). W tej różnorodności charyzmatów i powołań objawia się tajemnica Bożego działania – nie jedność narzucona, ale jedność organiczna, żywa, w której różne dary i funkcje uzupełniają się nawzajem, podobnie jak w ciele każdy organ służy całości.
Tę jedność buduje Duch Święty, który wciąż prowadzi Kościół mimo ludzkich słabości i podziałów. To On przypomina nam, że Ciało Chrystusa nie jest jedynie ludzką instytucją, ale świętą rzeczywistością, w której ziemia spotyka się z niebem. Każda Eucharystia, każdy sakrament jest znakiem tej eschatologicznej jedności, która w pełni objawi się dopiero w Królestwie Bożym. „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” (1 Kor 13,12 BBT), ale już teraz mamy żyć tą nadzieją, dążąc do coraz głębszego pojednania i komunii.
Wspólnota wierzących, zgromadzona wokół Eucharystii i Słowa, miała być miejscem, gdzie grzech ustępuje przed łaską, a człowiek odnajduje swoje prawdziwe powołanie – bycia dzieckiem Bożym, stworzonym do miłości i komunii. Miała być przestrzenią, w której miłosierdzie jest większe niż osąd, a pokora silniejsza niż pycha.
A jednak, co widzimy dzisiaj? Zamiast tej wspólnoty doświadczamy podziałów, rywalizacji i wzajemnej nieufności. Kościół, który miał być domem, coraz częściej staje się bastionem podziałów. Wiarę mierzy się kategoriami przynależności do określonych nurtów, ideologii czy tradycji. Ewangelia, zamiast być orędziem o wyzwalającej miłości Boga, staje się narzędziem do wznoszenia murów i definiowania, kto jest „lepszym” chrześcijaninem, kto bardziej zasługuje na zbawienie, kto może nazywać się prawdziwym uczniem Chrystusa, a kto – już nie.
Jak bardzo mylimy się, sądząc, że znamy odpowiedź na pytanie o to, kto jest bliżej Boga?
Zamykamy się w murach własnych przekonań i dogmatycznej pewności, podczas gdy Chrystus umierał z rozpostartymi ramionami – zapraszając każdego. Głosimy pokorę, lecz spoglądamy na innych z góry. Deklarujemy wiarę w Chrystusa, ale to nasza pycha wciąż ukrzyżowuje Go na nowo – w bracie, którego osądzamy, w siostrze, którą odrzucamy, w człowieku, który „myśli inaczej”.
A przecież to właśnie On powiedział: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” (Mt 7,1 BBT).
A jednak sądzimy. Stajemy się ekspertami od cudzych grzechów i obrońcami prawdy, ale prawdy wygodnej, tej, która służy naszemu osądowi, nie tej, która każe nam uznać własną grzeszność. Zamiast być światłością świata, jaką wzywał nas Chrystus, coraz częściej świecimy jak latarnie, ale tylko po to, by ujawniać cudze błędy, nie swoje własne.
Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że wciąż na nowo odgrywamy dramat faryzeusza i celnika? Przychodzimy do świątyni, unosząc głowy, pełni przekonania o własnej sprawiedliwości, spoglądając z pogardą na tych, których uważamy za gorszych. I w tej samej chwili być może to właśnie ten „gorszy” – ten, którego osądziliśmy, ten, którego odrzuciliśmy – stoi z daleka, bije się w piersi i mówi: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika” (Łk 18,13 BBT). I to on odchodzi usprawiedliwiony, a nie my.
Jeśli więc dzisiaj pytamy, kim są „lepsi chrześcijanie”, odpowiedź brzmi: nie ma ich. Bo chrześcijaństwo nie jest konkursem świętości ani rankingiem zbawienia. Jest drogą, na której każdy idzie zraniony, każdy niesie swój krzyż i każdy, bez wyjątku, potrzebuje miłosierdzia.
„Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 J 1,8 BBT).
A jednak wolimy oszukiwać się dalej. Współczesne chrześcijaństwo coraz częściej przypomina grę pozorów, teatr świętości, w którym prawda jest niechcianym gościem. Kościół – mistyczne Ciało Chrystusa – powinien być miejscem miłości, pokory i jedności. Zamiast tego coraz częściej obserwujemy podziały, pogardę i bezwzględność – nie wobec świata, ale wobec siebie nawzajem.
Chrześcijanie przeciwko chrześcijanom. Duchowa wojna prowadzona pod sztandarem „lepszego chrześcijaństwa”.
Kiedy to się skończy?
Może wtedy, gdy każdy z nas spojrzy w lustro i zobaczy w nim grzesznika, który potrzebuje Boga, a nie arbitra cudzej wiary. Może wtedy, gdy zamiast pytać, kto jest „lepszym chrześcijaninem”, zaczniemy pytać siebie, czy potrafimy kochać. Może wtedy, gdy zamiast wyciągać palec, wyciągniemy rękę.
Bo być chrześcijaninem to nie znaczy być „lepszym”. To znaczy wiedzieć, że się nie jest.
Podział na lepszych i gorszych – grzech całego chrześcijaństwa
Nie jest tajemnicą, że wśród wyznawców Chrystusa coraz częściej dostrzegamy podział na tych „lepszych” i „gorszych”. Tych, którzy rzekomo zrozumieli Ewangelię lepiej, głębiej, bardziej radykalnie – i tych, którzy według nich pozostają na duchowych peryferiach, zbyt letni, zbyt mało gorliwi, zbyt nieświadomi. Ci pierwsi, z wypielęgnowaną pewnością siebie, formują ekskluzywne kręgi „prawdziwej wiary”, spoglądając z pobłażaniem, a czasem z jawną pogardą na tych drugich.
Kościół od wieków zmagał się z herezjami, ale dziś największą herezją nie jest błąd doktrynalny, lecz pycha – ta subtelna, zakamuflowana, przebrana w szaty teologicznej poprawności. Pycha, która mówi: „To my jesteśmy prawdziwymi uczniami Chrystusa, a wy jedynie imitacją.” Pycha, która odbiera innym prawo do bycia częścią wspólnoty, odmawia godności, podważa szczerość ich wiary.
A przecież od samego początku Kościół był wspólnotą różnorodnych tradycji i doświadczeń, w której różnice nie musiały oznaczać podziału. Pierwsi chrześcijanie, mimo odmiennych pochodzeń – Żydów i pogan, hellenistów i Aramejczyków – trwali w jedności, „trwając w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach” (Dz 2,42 BBT).
Św. Augustyn przypominał, że Kościół jest „mieszaniną pszenicy i kąkolu”, że zawsze będą w nim zarówno święci, jak i grzesznicy, a mimo to pozostaje on Ciałem Chrystusa. Jeśli od pierwszych wieków Kościół potrafił przetrwać mimo wewnętrznych napięć i różnic, dlaczego dzisiaj tak łatwo pozwalamy, by podziały nas definiowały?
Jest w tej postawie coś przerażającego, coś, co przypomina faryzeuszy, którzy dziękowali Bogu, że „nie są jak inni ludzie” (Łk 18,11 BBT). Jest w niej również coś diabelskiego – bo to właśnie pycha była pierwszym upadkiem.
Ale żeby właściwie to zrozumieć, nie możemy patrzeć tylko na jedną wspólnotę, jedno wyznanie, jeden Kościół. Musimy spojrzeć szerzej – na całe chrześcijaństwo, na wszystkie jego denominacje, odłamy, tradycje. Bo grzech pychy i podziału nie jest przypadłością jednego nurtu. To choroba, która przesiąkła cały Kościół.
Świadkowie jedności – chrześcijanie, którzy przełamują podziały
A jednak w historii Kościoła zawsze byli ci, którzy zamiast budować mury, budowali mosty. Ci, którzy w drugim człowieku, niezależnie od jego przynależności denominacyjnej, widzieli przede wszystkim brata w Chrystusie.
Henri de Lubac i Oscar Cullmann – ekumenizm jako droga pojednania
Kiedy w XX wieku francuski teolog katolicki Henri de Lubac (1896–1991) i protestancki uczony Oscar Cullmann (1902–1999) zasiadali do rozmów ekumenicznych, nie czynili tego po to, by przekonać się nawzajem do własnych racji, ale by szukać tego, co ich łączyło – wspólnej wiary w Jezusa Chrystusa. To dzięki takim ludziom, mimo wielowiekowych podziałów, rozpoczęto dialog, który przyniósł owoc w postaci Deklaracji z Lund (1952)[1], nawołującej chrześcijan do wspólnego świadectwa wiary. Cullmann w swojej pracy Jedność poprzez różnorodność (Unity Through Diversity, 1988)[2] argumentował, że jedność chrześcijan nie polega na likwidacji różnic, ale na ich harmonijnym współistnieniu w Chrystusie.
Taizé – wspólnota, w której modlitwa łączy ponad podziałami
Współcześnie w wielu miastach świata można znaleźć chrześcijan różnych tradycji, którzy zamiast spoglądać na siebie z dystansem, podają sobie ręce. W Taizé, niewielkiej wspólnocie założonej w 1940 roku przez brata Rogera Schütza (1915–2005), katolicy, protestanci i prawosławni od dziesięcioleci modlą się razem, pokazując, że jedność nie musi oznaczać uniformizmu, ale wzajemne uznanie i szacunek. W 1986 roku brat Roger został oficjalnie przyjęty przez papieża Jana Pawła II na audiencji prywatnej, a w 1996 r. otrzymał Komunię Świętą z rąk kard. Josepha Ratzingera – co było wymownym gestem ekumenicznym[3].
Męczennicy jedności – św. Maria Skobcowa i św. Maksymilian Kolbe
Gdy w czasie II wojny światowej prawosławna święta Maria Skobcowa (1891–1945), znana jako „Matka Maria”, ukrywała Żydów i pomagała katolikom oraz protestantom, nie pytała ich, do jakiego Kościoła należą – wiedziała, że Ewangelia wzywa do miłości bez granic. Zginęła w niemieckim obozie Ravensbrück, oddając życie za innych[4]. Podobnie czynił św. Maksymilian Kolbe (1894–1941), który oddał życie za współwięźnia w Auschwitz, nie pytając go o jego wyznanie[5].
Jedność w działaniu – chrześcijanie, którzy współpracują mimo różnic
Czy dziś nie potrzeba nam takich świadków? Czy wśród nas nie ma ludzi, którzy – choć różnią się w interpretacji teologii – potrafią wspólnie karmić głodnych, odwiedzać więźniów, opiekować się ubogimi? W wielu krajach chrześcijanie różnych tradycji działają razem, prowadząc domy dla uchodźców, pomagając prześladowanym, niosąc Ewangelię tym, którzy jej nie znają. Ekumeniczna Wspólnota Sant’Egidio, założona w 1968 roku, zrzesza katolików, protestantów i prawosławnych w służbie ubogim[6]. W Syrii i Iraku chrześcijanie różnych wyznań tworzą wspólne organizacje pomocowe, ratując prześladowanych.
To właśnie oni są światłem wśród ciemności podziałów. Oni przypominają, że chrześcijaństwo nie jest wyścigiem o „prawdziwszą” wiarę, ale wspólną drogą za Tym, który powiedział: „Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,35 BBT).
Choroba, która nie oszczędziła nikogo
Czy katolicy nie patrzą czasem z góry na protestantów, uważając ich za ludzi, którzy zagubili pełnię wiary, którzy zbłądzili poza prawdziwy Kościół? Czy protestanci nie patrzą z podejrzliwością na katolików, oskarżając ich o martwą liturgię, tradycję, która – ich zdaniem – przysłania Ewangelię?
Czy prawosławni nie są skłonni patrzeć na Zachód z nutą wyższości, przekonani, że to ich tradycja zachowała nieskażoną, czystą wiarę pierwszych wieków? Czy starokatoliccy nie czują się bardziej „oświeceni” niż rzymscy katolicy, podkreślając swój powrót do źródeł, ale jednocześnie dystansując się od reszty chrześcijaństwa?
Czy luteranie, dumni ze swojego dziedzictwa Reformacji, nie postrzegają Kościoła katolickiego jako instytucji zniewolonej przez dogmaty i obciążonej grzechami przeszłości? A czy katolicy nie widzą w luteranach „tych, którzy się odłączyli”, odmawiając im pełnego uczestnictwa w Ciele Chrystusa?
Czy ewangelikalni chrześcijanie, którzy kładą nacisk na osobistą relację z Jezusem, nie patrzą czasem z wyższością na tych, którzy wyrażają swoją wiarę w strukturach liturgicznych i sakramentalnych? Czy zielonoświątkowcy, dla których Duch Święty jest dynamicznym, działającym w każdej chwili Bogiem, nie uważają innych za tych, którzy „jeszcze nie doświadczyli prawdziwej obecności Ducha”?
Czy anglikanie, balansujący między katolicyzmem a protestantyzmem, nie czują się czasem bardziej racjonalni niż jedni i drudzy? Czy wspólnoty niezależne nie gardzą strukturami instytucjonalnego Kościoła, widząc w nich skostniałe relikty przeszłości?
Każda tradycja, każda denominacja, każda wspólnota uważa, że to ona najlepiej zrozumiała Chrystusa. Że to jej interpretacja jest jedynie słuszna, że to jej teologia, jej liturgia, jej sposób przeżywania wiary są najbliższe Ewangelii. I może się zdarzyć, że na drodze tej pewności wiara przestaje być pokornym poszukiwaniem Boga, a staje się narzędziem wykluczania innych.
A przecież Jezus nie przyszedł po to, by ustanowić odrębne struktury i podziały wśród swoich uczniów. Nie przyszedł, by ludzie spierali się o to, kto lepiej Go pojął, ani by rywalizowali o prymat w rozumieniu Jego słów. Jego misja była inna – przyszedł, aby pojednać człowieka z Bogiem i człowieka z człowiekiem, burząc mury wrogości i przywracając pierwotną harmonię stworzenia. W Nim spełniła się obietnica proroków: „Oto Ja otwieram wasze groby i wydobywam was z waszych grobów, ludu mój” (Ez 37,12 BBT). To nie podział, lecz jedność w prawdzie i miłości stanowi znak Jego królestwa, w którym „nie ma już Żyda ani Greka, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego” (Ga 3,28 BBT), lecz wszyscy są wezwani do wspólnoty z Ojcem przez Syna w Duchu Świętym.
Kto naprawdę gardzi Chrystusem?
A przecież Jezus mówił wyraźnie: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi” (Łk 10,16 BBT). Ilu chrześcijan dzisiaj gardzi innymi chrześcijanami w imię rzekomej czystości doktrynalnej? Ilu czuje się moralnie lepszymi, bo wydaje im się, że ich rozumienie Boga jest pełniejsze, doskonalsze, prawdziwsze?
Gdyby Jezus stanął dziś między nami, ilu z nas odważyłoby się spojrzeć Mu w oczy, gdyby zapytał: „Czy naprawdę kochasz swojego brata? Czy naprawdę widzisz we Mnie jego twarz?”
Bo jeśli nasza „gorliwość” sprawia, że zaczynamy czuć się lepsi od innych, to nie jest to gorliwość. To trucizna.
Chrześcijaństwo nie jest konkursem na „najlepszego wierzącego”
Chrześcijaństwo nie polega na triumfie nad innymi. Nie polega na budowaniu murów. Nie polega na pysznym ogłaszaniu, kto jest wewnątrz, a kto na zewnątrz. Chrześcijaństwo polega na miłości, na tej trudnej, pokornej miłości, która w drugim człowieku widzi przede wszystkim brata, a nie rywala w wyścigu o zbawienie.
Więc może zamiast pytać: „Czy on jest wystarczająco wierzący?”, powinniśmy zapytać: „Czy ja naprawdę kocham?”
Bo jeśli nie, to kim naprawdę jesteśmy?
I jeszcze jedno – może zamiast pytać, czy ktoś jest w „naszym Kościele”, w „naszej denominacji”, w „naszej tradycji”, powinniśmy zadać sobie inne pytanie:
Czy ten, którego odrzucam, nie jest właśnie tym, którego Jezus ukochał?
Bezwzględni chrześcijanie
Współczesne chrześcijaństwo pełne jest słów o miłości. Brzmią one pięknie w kazaniach, wybrzmiewają w pieśniach, pojawiają się na plakatach i w internetowych wpisach. „Bóg jest miłością” – powtarzamy, jakby wystarczyło to powiedzieć, by stało się prawdą. Ale w rzeczywistości ta miłość jest często zimna, przeliczalna i warunkowa. Zamiast bezwarunkowego przyjęcia, mamy surową selekcję. Zamiast wspólnoty, która przypomina rodzinę, mamy struktury bardziej przypominające elitarne kluby duchowej czystości.
Ktoś pasuje – więc może zostać. Ktoś inny nie pasuje – więc zostaje usunięty, czasem bez słowa, czasem w otoczce moralizatorskiej litanii, jakby dla uspokojenia własnego sumienia. Jedni mogą mówić, inni muszą milczeć. Jednym się ufa, drugich podejrzewa. Jedni są „nasi”, drudzy to zawsze „oni” – obcy, niewłaściwi, niewygodni. Chrześcijaństwo, które miało być mostem, staje się systemem warownych murów.
Bywa, że ten, kto szuka w Kościele ciepła, spotyka tam chłód. Kto potrzebuje otwartego ramienia, dostaje wyrachowane spojrzenie. Kto wątpi i pyta, zostaje wykluczony. Kto upada, ten jest deptany. Kto myśli inaczej, zostaje uciszony w imię „wierności tradycji”, choć tradycja ta, paradoksalnie, opiera się na miłości do grzesznika.
Kiedy Jezus zobaczył cudzołożnicę, nie rzucił w nią kamieniem. Powiedział: „I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8,11 BBT). Nie zbył jej tanim usprawiedliwieniem, ale też nie obrzucił nią obelgami. Dał jej szansę. Ile razy dajemy szansę innym? Ilu z nas, zamiast powtarzać te słowa Jezusa, woli zacisnąć dłoń na kamieniu i ustawić się w pierwszym szeregu tych, którzy gotowi są go rzucić?
Jak łatwo nam potępiać. Jak szybko stajemy się sędziami w sprawach, które należą do Boga. Jak chętnie oskarżamy, stawiamy granice, odcinamy się od tych, którzy nie spełniają naszych oczekiwań. Ale czy nie przypominamy wtedy właśnie tych, którzy otoczyli cudzołożnicę? Czy nasza gorliwość nie zamienia się w żądzę ukarania? Czy nasza duma z własnej czystości nie jest przypadkiem tym samym, co faryzejska pycha?
Jezus pisał na piasku, a tłum trzymał kamienie. Jego milczenie było bardziej wymowne niż ich oskarżenia. A potem padły słowa, których nikt się nie spodziewał: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem” (J 8,7 BBT). I kamienie zaczęły upadać na ziemię.
A ty? Nadal trzymasz swój?
Kościół jako duchowa korporacja
W niektórych środowiskach chrześcijaństwo stało się systemem awansów i degradacji. Masz właściwe poglądy, odpowiedni styl życia, poprawne formuły teologiczne? Awansujesz. Wątpisz, pytasz, błądzisz? Spadasz w hierarchii. W skrajnych przypadkach – wypadasz poza nawias.
Jedność? To słowo piękne, ale tylko wtedy, gdy oznacza podporządkowanie się „tym lepszym”. Gdy oznacza realną wspólnotę, rezygnację z pychy i szczerą pokorę – wtedy nagle okazuje się trudne do zniesienia. Bo jedność kosztuje. Wymaga porzucenia wyższości, nauczenia się słuchania, przyjęcia faktu, że Bóg działa także poza naszą małą enklawą „prawdziwej wiary”.
A przecież Paweł Apostoł pisał: „Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich” (Ef 4,5-6 BBT). W obliczu tej prawdy podziały chrześcijan nie są już tylko ludzkim grzechem – są duchową zdradą.
Gdzie jest Chrystus?
Gdzie jest Chrystus w tym podzielonym Kościele? W tym gąszczu chrześcijańskich frakcji, duchowych kast, rywalizujących obozów, które noszą Jego imię, ale nie Jego serce? Czy jest po stronie tych, którzy wytykają błędy, ogłaszając swoją prawowierność jak sztandar wojenny? Czy jest wśród tych, którzy przerzucają się oskarżeniami, stawiając swoje przekonania ponad miłością? Czy może tam, gdzie jedna ręka wyciągnięta w geście błogosławieństwa drugą trzyma kamień gotowy do rzutu?
Chrystus jest tam, gdzie jest miłość. Nie deklaratywna, nie zapisana w zasadach i na sztandarach, ale żywa – w spojrzeniu pełnym łagodności, w dłoniach gotowych do służby, w sercu, które nie boi się wyciągnąć ręki do tego, kto myśli inaczej. Jest tam, gdzie chrześcijanin nie patrzy na drugiego chrześcijanina jak na wroga, ale jak na brata. Tam, gdzie nie liczy się wyższość przekonań, ale gotowość do niesienia krzyża razem. Tam, gdzie nie pyta się: „Czy jesteś na moim poziomie?”, ale raczej: „Czy mogę pomóc ci dojść do Chrystusa?”.
A ty, który nosisz Jego imię – gdzie jesteś? Czy nie stałeś się przypadkiem faryzeuszem nowej ery, który jednym tchem głosi miłosierdzie i potępienie? Czy twoje usta nie wypowiadają słów o przebaczeniu, gdy w sercu kipi osąd? Czy nie dzielisz ludzi na „nas” i „ich”, zamiast szukać twarzy brata w tych, których najłatwiej przekreślić? Czy nie stałeś się tym, którego Jezus napominał – tym, który widzi drzazgę w oku bliźniego, ale belki we własnym już nie dostrzega?
Kościół, który dzieli, rani i osądza, nie jest Kościołem Chrystusa. Kościół, który wywyższa jednych, a upokarza drugich, nie jest Kościołem Chrystusa. Kościół, który głosi miłość, ale jej nie praktykuje, nie jest Kościołem Chrystusa.
Bo On nie przyszedł budować klubów religijnej elity. Nie przyszedł, by stworzyć system ocen i punktacji, by jedni mogli czuć się lepsi od drugich. Przyszedł szukać zagubionych, podnosić upadłych, leczyć złamanych na duchu. Przyszedł do tych, których świat, a może i Kościół, już skreślił. I jeśli chrześcijaństwo przestaje być echem tej misji – to przestaje być chrześcijaństwem. Staje się martwą skorupą po wierze, pustym dźwiękiem, który nie zbawia, a rani.
Jeśli naprawdę chcesz odnaleźć Chrystusa, szukaj Go w człowieku i tym, co z niego płynie. W sercu, które bije dla innych. W dłoniach, które podają chleb głodnemu i otwierają się na potrzebujących. W słowie, które pociesza i w geście, który przynosi pokój. Nie w głośnych zapewnieniach, ale w cichej, cierpliwej miłości, która nie odwraca się od grzesznika, lecz podnosi go z upadku. Tam, gdzie człowiek zapomina o sobie, by podnieść drugiego – tam jest Chrystus.
Zamiast podziałów – droga nawrócenia
Nie ma lepszych i gorszych chrześcijan. Są tylko ci, którzy dostrzegli swoją grzeszność – i ci, którzy jeszcze oszukują samych siebie. Ale czy ktokolwiek z nas może powiedzieć z całą pewnością, że widzi już wszystko jasno?
Łatwo jest piętnować cudze błędy, gorszyć się cudzym upadkiem, stawać w szeregu sprawiedliwych, wskazując palcem tych, którzy – naszym zdaniem – zawiedli. O wiele trudniej spojrzeć w lustro i dostrzec w swoim odbiciu twarz faryzeusza. Tak, tego samego faryzeusza, którego Chrystus ganił nie za jego doktrynalną poprawność, lecz za serce pełne pychy. Bo to, co tak często nazywamy „obroną wiary”, jest tylko obroną własnego poczucia moralnej wyższości. To, co z dumą uznajemy za „walkę o prawdę”, bywa jedynie desperacką próbą narzucenia światu porządku, w którym to my stoimy po właściwej stronie, a inni są błądzącymi, niegodnymi, odrzuconymi.
Czy naprawdę wierzymy, że Chrystus przyszedł na świat, byśmy mogli zasiadać na sędziowskich tronach? Czy Jego łaska jest dla nas jedynie potwierdzeniem własnej słuszności? Jak bardzo trzeba się oszukiwać, by nie zauważyć, że Ewangelia jest nie triumfem nienaganności, lecz objawieniem miłosierdzia! A jeśli tak, to dlaczego tak łatwo odmawiamy jej tym, którzy myślą inaczej, wierzą inaczej, którzy upadają inaczej niż my?
Nie, jedność Kościoła nie zacznie się od wyeliminowania tych, których uważamy za „niewłaściwych”. Nie nastanie wtedy, gdy zaprowadzimy jednomyślność, którą tak usilnie chcemy wymusić. Ona zacznie się dopiero wtedy, gdy skruszymy własne serca. Gdy przestaniemy widzieć w Kościele bastion, który trzeba obronić, a zobaczymy w nim szpital polowy, do którego wszyscy – wszyscy! – przychodzimy poranieni.
Jakże często mówimy o łasce, ale traktujemy ją jak nagrodę, a nie dar. Mówimy o miłości Boga, ale czynimy z niej przywilej tylko dla tych, którzy mieszczą się w naszych ciasnych ramach „prawowierności”. Chcemy świata, w którym Bóg zbawia „naszych”, a zapomina o „onych”. Ale Bóg nie działa według naszych małostkowych podziałów. On nie przyszedł zbawić „nas”, lecz cały świat.
A my? Czego tak naprawdę chcemy? Czy Kościół ma być przestrzenią pojednania, czy polem bitwy? Czy krzyż jest dla nas przypomnieniem o miłości, która oddała się do końca, czy sztandarem ideologii, którą trzeba narzucić siłą?
Dopóki tego nie zrozumiemy, Kościół pozostanie pustą skorupą, wypełnioną słowami bez znaczenia. Będzie miejscem głośnych manifestów, lecz cichych serc. Miejscem wzniosłych kazań, lecz zimnych spojrzeń. Miejscem świętego oburzenia, ale nie świętości.
A wtedy – choćbyśmy powtarzali najpiękniejsze prawdy – będą one tylko dźwiękiem pustego dzwonu, który huczy w jałowej przestrzeni. „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący” (1 Kor 13,1 BBT). Bez miłości nawet najwznioślejsze słowa tracą swój sens, a wiedza i proroctwa obumierają, bo tylko miłość „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13,7 BBT).
Więc może zamiast szukać wrogów, spróbujmy poszukać w sobie miejsca na prawdziwe nawrócenie. Nie to, które polega na poprawianiu innych, lecz to, które zaczyna się od własnego serca. Może czas przestać traktować Kościół jak mur, który trzeba obronić, a zacząć widzieć go jako dom, w którym każdy – nawet ten, który błądzi, który upadł, który nie dorósł do naszych oczekiwań – ma swoje miejsce.
Bo jeśli wierzymy, że Chrystus przyszedł szukać tego, co zginęło, dlaczego wciąż zachowujemy się tak, jakby Jego łaska była przeznaczona tylko dla tych, którzy pasują do naszych wyobrażeń?
Może najwyższa pora przestać walczyć – i zacząć kochać.
/-/ + Robert Matysiak NCC
Przypisy
[1] Deklaracja z Lund, Światowa Rada Kościołów, 1952.
[2] Oscar Cullmann, Unity Through Diversity, Fortress Press, 1988.
[3] Brat Roger z Taizé, God Is Love Alone, GIA Publications, 2010.
[4] Sergei Hackel, Pearl of Great Price: The Life of Mother Maria Skobtsova, 1891–1945, Darton, Longman & Todd, 1981.
[5] Patricia Treece, A Man for Others: Maximilian Kolbe, Saint of Auschwitz, Ignatius Press, 1985.
[6] Alberto Melloni, Sant’Egidio: Rome and the World, Paulist Press, 2008.
Aby w pełni zrozumieć treści zawarte w artykule „Lepsi chrześcijanie” na stronie moj-kosciol.pl, warto zapoznać się z definicją Kościoła przedstawioną w artykule „Kilka słów o Kościele” dostępnym pod adresem:
https://moj-kosciol.pl/kilka-slow-o-kosciele/
Artykuł ten oferuje pogłębione spojrzenie na istotę Kościoła, jego misję oraz rolę w życiu wiernych, co może pomóc w lepszym zrozumieniu poruszanych tematów.