List pasterski
List pasterski na uroczystość Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny
Umiłowani Bracia i Siostry w Chrystusie,
każdego roku, gdy Kościół staje wobec tajemnicy Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny, zostajemy zaproszeni nie tylko do wspominania Matki naszego Pana, lecz przede wszystkim do ponownego spojrzenia na własne życie w świetle śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Święto to nie jest bowiem jedynie pobożnym wspomnieniem końca ziemskiej drogi Maryi. Jest wydarzeniem głęboko chrystologicznym i eschatologicznym. Prowadzi nas ku pytaniu o kres ludzkiego życia, o sens śmierci, o nadzieję zmartwychwstania i wreszcie o to, czym naprawdę jest zbawienie człowieka.
Kościół starokatolicki przeżywa tę tajemnicę w duchu wiary Kościoła niepodzielonego. Nie chcemy mówić więcej, niż pozwala nam mówić świadectwo Pisma Świętego i starożytnej Tradycji, ale nie chcemy również mówić mniej, niż przez wieki wyznawał i celebrował Kościół. Nasza ostrożność wobec późniejszych definicji dogmatycznych nie oznacza ubóstwa wiary. Przeciwnie, wypływa z przekonania, że nie wszystko, co jest świętą i czcigodną tradycją, musi zostać zamknięte w formule dogmatycznej, aby mogło prowadzić człowieka ku Bogu.
Pismo Święte nie opisuje ostatnich chwil ziemskiego życia Maryi. Po raz ostatni widzimy Ją w pierwszym rozdziale Dziejów Apostolskich, kiedy razem z uczniami trwa jednomyślnie na modlitwie, oczekując zesłania Ducha Świętego. Potem tekst natchniony milknie. Nie znamy z Ewangelii ani z pism apostolskich okoliczności Jej śmierci. Nie wiemy, gdzie i kiedy zakończyła ziemskie życie. Nie otrzymujemy opisu Jej pogrzebu ani sposobu, w jaki została przyjęta do chwały Boga. To milczenie Pisma jest ważne.
Nie wolno nam przekształcać niewiedzy w pewność historyczną. Nie wolno legendy przedstawiać jako Objawienia ani pobożnego obrazu jako faktu, którego szczegóły mielibyśmy znać z apostolskiego świadectwa. Równocześnie jednak Kościół od bardzo dawnych czasów zachowywał głębokie przekonanie, że kres życia Bogurodzicy nie może być rozważany poza tajemnicą Chrystusa. Dlatego na chrześcijańskim Wschodzie rozwinęła się tradycja Koimesis, Zaśnięcia Matki Bożej, która z biegiem wieków znalazła swoje miejsce również w liturgii Zachodu.
Słowo „Zaśnięcie” nie jest próbą ucieczki od rzeczywistości śmierci. Jest wyznaniem wiary w jej przemieniony sens. Święty Paweł, pisząc o tych, którzy umarli w Chrystusie, posługuje się właśnie obrazem zaśnięcia: „A nie chcemy, bracia, abyście byli w niepewności co do tych, którzy zasnęli, abyście się nie smucili, jak drudzy, którzy nie mają nadziei. Albowiem jak wierzymy, że Jezus umarł i zmartwychwstał, tak też wierzymy, że Bóg przez Jezusa przywiedzie z nim tych, którzy zasnęli” (1 Tes 4,13–14).
Paweł nie używa tego języka dlatego, że śmierć jest pozorem albo że cierpienie rozstania należy pomniejszyć. Czyni to dlatego, że po zmartwychwstaniu Chrystusa śmierć przestaje być ostatnim słowem wypowiedzianym nad człowiekiem. Dlatego w dalszej części tego samego świadectwa pisze: „my, którzy pozostaniemy przy życiu aż do przyjścia Pana, nie wyprzedzimy tych, którzy zasnęli. [...] wtedy najpierw powstaną ci, którzy umarli w Chrystusie” (1 Tes 4,15–16).
To, co dla świata wygląda jak kres, dla wierzącego staje się oczekiwaniem na spełnienie obietnicy Boga. „Zaśnięcie” nie neguje więc śmierci, lecz odczytuje ją w świetle zmartwychwstania. Jest słowem nadziei wypowiedzianym tam, gdzie ludzkie doświadczenie widzi już tylko granicę.
W tym właśnie świetle Kościół spogląda na Maryję.
Nie jako na osobę znajdującą się poza historią ludzkiego zbawienia, lecz jako na człowieka, który w sposób wyjątkowy pozwolił, aby łaska Boga przeniknęła całe jego życie. Maryja jest Bogurodzicą nie dlatego, że stoi obok Chrystusa jako niezależne źródło zbawienia, lecz dlatego, że z Niej według ciała narodziło się odwieczne Słowo. Tytuł Theotokos, potwierdzony przez Sobór Efeski, był przede wszystkim wyznaniem wiary w Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka. Im bardziej Kościół właściwie mówi o Maryi, tym bardziej powinien prowadzić człowieka ku Chrystusowi.
To pozostaje również zasadniczą zasadą naszego rozumienia Jej Zaśnięcia.
Maryja nie zwycięża śmierci własną mocą. Nie zbawia samej siebie. Nie posiada obok Chrystusa odrębnej drogi ku wieczności. Jeżeli zostaje przyjęta do życia Boga, dokonuje się to dzięki jedynemu zwycięstwu Chrystusa. Jeżeli uczestniczy w chwale zmartwychwstania, uczestniczy w niej jako odkupiona. Jeżeli Kościół widzi w Niej znak nadziei, to dlatego, że w Jej losie dostrzega owoc Paschy Jej Syna. To Chrystus pozostaje centrum.
W tej perspektywie szczególnego znaczenia nabiera starożytna ikonografia Zaśnięcia. Maryja spoczywa na łożu śmierci, otoczona przez Apostołów, a nad Nią stoi zmartwychwstały Chrystus. To On trzyma w swoich ramionach Jej duszę, przedstawianą symbolicznie jako małe dziecko. Obraz ten nie jest jedynie artystycznym przedstawieniem. Jest teologią zapisaną w obrazie. W Betlejem Maryja trzymała na swoich rękach Syna. W tajemnicy Zaśnięcia Syn przyjmuje na swoje ręce Matkę.
Całe Jej życie zostaje domknięte w Chrystusie.
Właśnie dlatego uroczystość ta nie prowadzi nas do religijnego zachwytu nad niezwykłością Maryi oderwanej od naszego człowieczeństwa. Prowadzi do znacznie głębszej prawdy. Pokazuje, że człowiek, który całkowicie powierza się Bogu, nie zostaje ostatecznie wydany nicości. Maryja jest jedną z nas. Jest córką Izraela. Znała codzienność, trud, niepewność i cierpienie. Musiała uciekać z Dzieciątkiem do obcej ziemi. Nie rozumiała wszystkiego, co działo się wokół Jej Syna. Słyszała proroctwo o mieczu, który przeniknie Jej duszę. Stała pod krzyżem, kiedy Ten, którego nosiła pod sercem, umierał na oczach świata.
Jej święto nie jest więc świętem człowieka, któremu oszczędzono ludzkiego losu. Jest świętem człowieka, który przeszedł przez ten los z Bogiem.
To rozróżnienie ma ogromne znaczenie dla naszej wiary. Czasem bowiem chcielibyśmy religii, która chroniłaby nas przed cierpieniem, chorobą, starością i śmiercią. Chcielibyśmy, aby bliskość Boga oznaczała wyjęcie człowieka spod praw ludzkiej egzystencji. Tymczasem Ewangelia pokazuje coś innego. Chrystus nie zbawia świata, omijając cierpienie. Wchodzi w nie. Nie zwycięża śmierci, unikając jej. Umiera. Nie objawia mocy Boga poprzez zachowanie biologicznego życia za wszelką cenę, lecz poprzez zmartwychwstanie. Maryja nie stoi poza tą logiką Paschy.
Jeżeli starożytna tradycja mówi o Jej Zaśnięciu, to właśnie dlatego, że odczytuje Jej śmierć w świetle śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Nie trzeba usuwać rzeczywistości śmierci Maryi, aby bronić Jej świętości. Śmierć nie jest dowodem oddalenia od Boga. Sam Chrystus umarł. Maryja może więc przejść przez śmierć, nie tracąc niczego ze swojej wyjątkowej relacji z Bogiem.
Przeciwnie, właśnie tutaj Jej droga staje się szczególnie bliska naszej.
Każdy człowiek wcześniej czy później staje wobec granicy, której nie może przekroczyć własną siłą. Możemy troszczyć się o zdrowie, przedłużać życie, rozwijać medycynę, chronić siebie i naszych bliskich. Wszystko to jest dobre. Przychodzi jednak chwila, kiedy człowiek musi oddać swoje życie Temu, od którego je otrzymał. Wtedy wiara przestaje być jedynie zespołem przekonań. Staje się zaufaniem.
Maryja rozpoczęła swoją drogę wielkim fiat: „Niech mi się stanie według twego słowa”. Nie znała wtedy całej drogi, którą będzie musiała przejść. Jej zgoda nie była zgodą na dokładnie opisany plan. Była zgodą na Boga. I dlatego można powiedzieć, że tajemnica Jej Zaśnięcia jest ostatnim dopełnieniem tego pierwszego fiat. Ta, która przez całe życie pozwalała Bogu prowadzić siebie drogą, której nie mogła wcześniej poznać, w chwili śmierci powierza Mu także swoje ostateczne przejście.
W tym miejscu święto Maryi staje się bardzo osobistym pytaniem skierowanym do każdego z nas.
Czy naprawdę potrafimy powierzyć Bogu całe swoje życie, również wtedy, gdy nie rozumiemy Jego dróg? Wiara jest łatwa, kiedy Bóg potwierdza nasze plany. Znacznie trudniejsza staje się wtedy, gdy nasze plany się rozpadają, kiedy modlitwa nie przynosi odpowiedzi, kiedy ciało słabnie, kiedy odchodzą ludzie, których kochamy, kiedy dotyka nas doświadczenie własnej skończoności. Wtedy człowiek odkrywa, czy jego wiara była jedynie religijnym poczuciem bezpieczeństwa, czy rzeczywistym zawierzeniem. Zaśnięcie Maryi uczy nas tej drugiej postawy.
Nie daje łatwej odpowiedzi na pytanie o cierpienie. Nie wyjaśnia śmierci. Nie odbiera jej dramatyzmu. Pokazuje jednak, że człowiek może przejść przez granicę śmierci, pozostając w rękach Boga.
Dlatego uroczystość 15 sierpnia jest także świętem chrześcijańskiej antropologii. Przypomina nam, że zbawienie nie dotyczy jedynie jakiejś niematerialnej części człowieka. Chrześcijaństwo nie uważa ciała za więzienie, z którego dusza ma zostać kiedyś uwolniona. Ciało należy do osoby. W ciele człowiek kocha, cierpi, pracuje, dotyka, modli się, przyjmuje Eucharystię, służy drugiemu człowiekowi i oddaje siebie.
Dlatego nasze Credo mówi o zmartwychwstaniu umarłych.
Nie o porzuceniu człowieczeństwa.
Nie o ucieczce od stworzenia.
O jego przemienieniu.
Święty Paweł przypomina, że Chrystus „przekształci nasze ciało poniżone na podobne do swego chwalebnego ciała” (Flp 3,21). W innym miejscu pisze: „Jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,22). To właśnie w świetle tych słów możemy odczytywać starożytną wiarę Kościoła dotyczącą uwielbienia Maryi. Nie jako opowieść o kimś, kto przestał należeć do naszego rodzaju, lecz jako znak tego, czego Bóg pragnie dla człowieka.
Maryja jest więc ikoną eschatologicznej nadziei Kościoła.
Nie zastępuje Chrystusa. Nie przesłania Go. Nie ustanawia własnej ekonomii zbawienia. Całe Jej znaczenie pochodzi od Niego. Tak jak księżyc nie świeci własnym światłem, lecz odbija światło słońca, tak wszelka chwała Maryi jest odbiciem łaski Boga, która w Niej znalazła niezwykłą odpowiedź ludzkiej wolności.
Dlatego Kościół starokatolicki może z głęboką czcią obchodzić święto Jej Zaśnięcia, nie czyniąc z późniejszych definicji dogmatycznych miary ortodoksji całego chrześcijaństwa. Możemy wyznawać, że Maryja weszła do życia swojego Syna, możemy czcić Jej pamięć, możemy widzieć w Niej obraz Kościoła doprowadzonego do pełni, a równocześnie możemy zachować pokorę wobec historycznych szczegółów, których Objawienie nam nie przekazało.
Ta pokora nie osłabia wiary.
Chroni ją przed pomieszaniem Objawienia z ludzką potrzebą posiadania odpowiedzi na każde pytanie. Wiara Kościoła nie potrzebuje wiedzieć wszystkiego o sposobie odejścia Maryi, aby wierzyć, że Bóg, który rozpoczął w Niej swoje dzieło, doprowadził je do spełnienia. O wiele ważniejsze od pytania, w jaki sposób dokonało się Jej przejście, jest pytanie, kim jest Ten, który Ją przyjął.
A jest Nim Chrystus.
Ten sam Chrystus, który powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25).
Umiłowani, właśnie dlatego dzisiejsza uroczystość powinna dotknąć nie tylko naszej mariologii, lecz także naszego sposobu przeżywania śmierci. Chrześcijaństwo nie uczy nas lekceważenia grobu. Jezus płakał nad grobem Łazarza. Ból po stracie nie jest oznaką słabej wiary. Miłość cierpi, gdy zostaje rozdzielona. Człowiek może płakać i jednocześnie wierzyć. Może czuć pustkę i jednocześnie mieć nadzieję. Może stanąć bezradny wobec śmierci i nadal mówić: wierzę w zmartwychwstanie. Wiara nie usuwa łez.
Sprawia jednak, że łzy nie są ostatnim słowem.
I być może właśnie tutaj znajduje się najgłębszy sens dzisiejszego święta. Maryja, której życie rozpoczęło się dla nas w Ewangelii od słowa zgody wypowiedzianego Bogu, staje przed nami także u kresu swojej ziemskiej drogi jako kobieta całkowitego zawierzenia. Jej historia przypomina, że człowiek należący do Boga nigdy nie spada w nicość. Nawet wtedy, gdy kończą się wszystkie ludzkie możliwości, pozostają ręce Boga.
Dlatego nasze życie nie zmierza ku pustce.
Chrześcijanin nie wierzy w biologiczną nieśmiertelność. Nie wierzy również w prostą kontynuację obecnego życia. Wierzy w Boga, który wskrzesza umarłych. Wierzy w Chrystusa, który przeszedł przez śmierć i otworzył człowiekowi drogę ku życiu, którego śmierć nie może już odebrać.
Zaśnięcie Bogurodzicy jest jednym z najpiękniejszych obrazów tej nadziei. Stojąc dzisiaj duchowo przy Maryi, nie zatrzymujmy się więc na Niej samej. Posłuchajmy jeszcze raz tego, co powiedziała w Kanie Galilejskiej: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5). Są to ostatnie słowa Maryi zapisane w Ewangelii według św. Jana i można je odczytać jako Jej testament pozostawiony Kościołowi.
Maryja nie mówi: patrzcie na mnie. Mówi: słuchajcie Jego. Jeżeli więc chcemy właściwie uczcić Matkę Pana, nie wystarczy mnożyć tytułów, pieśni i pobożnych słów. Najbardziej maryjnym czynem pozostaje posłuszeństwo Chrystusowi.
Najbardziej autentycznym nabożeństwem do Bogurodzicy jest życie Ewangelią. Najgłębszym sposobem uczczenia Jej fiat jest nasze własne fiat wypowiadane Bogu każdego dnia. W świecie, który uczy nas zabezpieczać się przed wszystkim, Maryja przypomina o zawierzeniu. W świecie, który boi się starości i śmierci, przypomina, że wartość człowieka nie kończy się wraz z jego biologiczną siłą.
W świecie, który ciało albo ubóstwia, albo traktuje jak przedmiot, przypomina, że człowiek cały należy do Boga. W świecie, który szuka zbawienia w sukcesie, posiadaniu i kontroli, wskazuje na Tego, którego sama nazwała swoim Zbawicielem. Niech więc uroczystość Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny będzie dla nas nie tylko dniem maryjnej pobożności, lecz dniem odnowienia chrześcijańskiej nadziei. Niech przypomni nam, że śmierć nie jest Bogiem.
Że grób nie jest wiecznością. Że Chrystus zmartwychwstał. A skoro zmartwychwstał Chrystus, śmierć człowieka nie może już być rozumiana tak samo jak wcześniej. Powierzmy dzisiaj Bogurodzicy nasze lęki, nasze rodziny, ludzi cierpiących, samotnych, chorych i umierających.
Pamiętajmy również o tych, których groby odwiedzamy i których obecności wciąż brakuje przy naszych stołach. Niech ich pamięć nie prowadzi nas ku rozpaczy, ale ku modlitwie i nadziei, ponieważ chrześcijańska miłość nie kończy się przy grobie. Prośmy Boga, aby nauczył nas takiego zawierzenia, jakie widzimy w Maryi. Abyśmy potrafili mówić nasze „niech mi się stanie” nie tylko w chwilach radości, lecz także wtedy, gdy Boża droga prowadzi przez rzeczy dla nas trudne i niezrozumiałe.
Abyśmy nie próbowali posiadać Boga, lecz pozwalali, aby to On posiadał nasze życie. A kiedy przyjdzie godzina, w której również my będziemy musieli oddać wszystko, czego przez całe życie strzegliśmy, obyśmy potrafili uczynić to z wiarą, że po drugiej stronie naszej bezradności nie znajduje się pustka. Znajduje się Chrystus. Ten, który przyjął swoją Matkę.
Ten, który przyjmie także nas.
Z pasterskim błogosławieństwem