List pasterski
Przesłanie III Synodu Generalnego Narodowego Kościoła Katolickiego
„Aby wszyscy stanowili jedno (...) aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał”
Umiłowani w Chrystusie Siostry i Bracia,
III Synod Generalny Narodowego Kościoła Katolickiego, zgromadzony w modlitwie i w odpowiedzialności za powierzony nam Kościół, przyjął uchwałę zatytułowaną „Synodalne pozdrowienie i wezwanie do jedności Kościołów Chrystusowych”. Dokument jest krótki, lecz dotyka sprawy, której nie wolno potraktować jako uprzejmego gestu wobec innych wspólnot chrześcijańskich ani jako kolejnej deklaracji o potrzebie dobrych relacji. Dotyka on samej natury Kościoła. Pyta o to, kim jesteśmy jako ochrzczeni, co oznacza przynależność do Ciała Chrystusa i czy podział pomiędzy uczniami jednego Pana może być przez nas uznany za stan, z którym wolno się oswoić.
Synodalne rozeznanie zostało otwarte słowami zaczerpniętymi z Dziejów Apostolskich: „Duch Święty i my” (Dz 15,28). Nie są to słowa kościelnej pewności siebie. Są one wyznaniem odpowiedzialności. Apostołowie wypowiedzieli je wtedy, gdy młody Kościół stanął wobec sporu, który dotykał jego przyszłości, tożsamości i sposobu przyjmowania pogan.
Nie rozwiązano go przez narzucenie decyzji jednego człowieka, przez prostą przewagę większości ani przez udawanie, że różnice nie istnieją. Słuchano świadectw, sięgano do Pisma, spierano się, rozeznawano i modlono. Dopiero w takim kontekście mogło paść zdanie: „Duch Święty i my”. Pierwszy jest w nim Duch Święty.
Dopiero potem jesteśmy my. W tym właśnie sensie odczytujemy synodalne wezwanie do jedności. Synod nie ustanawia jedności Kościoła, ponieważ jedność nie jest własnością żadnego synodu, biskupa, patriarchatu, konferencji, rady ani organizacji kościelnej. Jedność należy do Chrystusa.
Kościół może ją przyjąć, może jej służyć, może ją uczynić bardziej widzialną, ale może również ją zaciemniać własnym grzechem, pychą i przywiązaniem do granic, które sam zbudował. Możemy przywyknąć do podziałów tak bardzo, że przestaną nas boleć. Możemy z czasem nauczyć się je uzasadniać, a nawet uważać za korzystne. Nie możemy jednak uczynić z nich wartości ewangelicznej.
Modlitwa Chrystusa o jedność Jego uczniów brzmi jednoznacznie: „aby wszyscy stanowili jedno (...) aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17,21). Słowa te zostają wypowiedziane bezpośrednio przed męką i krzyżem, w chwili szczególnej dla całego posłannictwa Jezusa. Nie są więc jedynie pobożnym życzeniem ani odległą wizją przyszłości. Chrystus wiąże jedność swoich uczniów z wiarygodnością ich świadectwa wobec świata.
Dlatego jedność chrześcijan nie może być traktowana jako temat poboczny, zależny od naszych upodobań, możliwości organizacyjnych czy bieżącej wygody. Jeżeli słowa Chrystusa traktujemy poważnie, nie wolno nam żyć tak, jakby w praktyce nie miały one większego znaczenia. To zdanie trzeba wypowiedzieć bez łagodzenia jego konsekwencji. Można bowiem wyznawać Chrystusa ustami, a jednocześnie swoim sposobem myślenia o innych chrześcijanach zaprzeczać pragnieniu, które On sam wypowiedział przed męką.
Można mówić o Kościele powszechnym, a równocześnie zachowywać się tak, jakby Chrystus należał przede wszystkim do naszej wspólnoty. Można głosić Ewangelię pojednania, a pielęgnować nieufność. Można uczestniczyć w nabożeństwach o jedność, a następnego dnia odbudowywać mury, które podczas modlitwy deklarowaliśmy jako bolesne. Tego rozdwojenia nie wolno nazywać wiernością.
Uchwała synodalna słusznie rozpoczyna od wyznania Chrystusa jako prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka. Zanim zapytamy, co różni Kościoły, musimy wiedzieć, kto je gromadzi. Tym, który gromadzi Kościół, nie jest jego historia, prawo, kultura, język, liturgia ani urząd. Nie jest nim także poczucie własnej wyjątkowości.
Gromadzi go Chrystus, Syn Boga żywego, ukrzyżowany i zmartwychwstały. Kościół istnieje dla Niego, przez Niego i w Nim. Gdy ta kolejność zostaje odwrócona, wspólnota zaczyna bronić przede wszystkim samej siebie, a potem coraz łatwiej myli własny interes z interesem Ewangelii. W tradycji starożytnego Kościoła znajdujemy zasadę, która również dzisiaj pomaga zachować właściwe proporcje.
Święty Wincenty z Lerynu przypominał, że w wierze należy trzymać się tego, „w co wszędzie, zawsze i przez wszystkich wierzono”. Nie chodzi tu o zatrzymanie Kościoła w przeszłości ani o próbę mechanicznego odtworzenia pierwszych wieków. Chodzi o znacznie głębszą zasadę odpowiedzialności za otrzymaną wiarę. Kościół nie jest właścicielem Objawienia.
Nie tworzy prawdy na użytek epoki. Otrzymuje ją, zgłębia, strzeże i przekazuje. Dlatego pytanie ekumeniczne nie może brzmieć jedynie: z czego jesteśmy gotowi zrezygnować, aby łatwiej być razem. Powinno brzmieć: jak wspólnie pozostać posłusznymi Chrystusowi i temu, co Kościół otrzymał od Apostołów.
Wierność nie oznacza jednak zamknięcia. Poszanowanie tożsamości każdego Kościoła nie stoi w sprzeczności z dialogiem. Przeciwnie, prawdziwy dialog zakłada, że spotykają się ze sobą ludzie i wspólnoty, które wiedzą, kim są, a równocześnie nie uznają własnej tożsamości za powód do poniżania drugiego. Jedność nie jest absorpcją.
Nie jest zwycięstwem jednej wspólnoty nad drugą. Nie jest także stworzeniem religijnego minimum, z którego usunięto wszystko, co trudne. Pokój kupiony za cenę prawdy byłby pozorny. Tak samo pozorna byłaby prawda, którą posługujemy się bez miłości.
Nie każda różnica pomiędzy chrześcijanami jest tylko kwestią języka. Istnieją poważne rozbieżności dotyczące rozumienia urzędu, sukcesji apostolskiej, Eucharystii, sakramentalności Kościoła, autorytetu, Tradycji, prymatu, moralności i sposobu rozumienia Objawienia. Nie wolno ich zakrywać serdecznymi gestami ani udawać, że przestały istnieć. Uczciwość teologiczna wymaga, aby je nazywać, badać i podejmować.
Miłość chrześcijańska wymaga jednak czegoś równie stanowczego: aby żadnej z tych różnic nie używać jako narzędzia pogardy wobec człowieka ochrzczonego w imię tego samego Ojca, Syna i Ducha Świętego. Dlatego potrzebujemy pokory wzajemnego słuchania. Słuchanie nie oznacza rezygnacji z własnego stanowiska. Oznacza odmowę tworzenia karykatury cudzego Kościoła.
Zbyt wiele sporów pomiędzy chrześcijanami toczy się nie z tym, w co druga strona rzeczywiście wierzy, lecz z tym, co przez lata o jej wierze powtarzano. Uczciwy dialog wymaga odwagi, aby zapytać, dlaczego drugi wierzy tak, jak wierzy, czego strzeże, czego się obawia, z jakiego doświadczenia wyrasta jego sposób myślenia. Dopiero wtedy spór może stać się rzeczywiście teologiczny, a nie plemienny. Jako Narodowy Kościół Katolicki, należący do tradycji starokatolickiej, nie możemy oddzielać synodalności od odpowiedzialności za jedność.
W centrum obu znajduje się ta sama prawda o Kościele. Kościół nie jest prywatną własnością swoich pasterzy. Biskup nie otrzymuje Kościoła po to, aby uczynić go swoim. Synod nie jest parlamentem produkującym prawdę większością głosów.
Duchowni i wierni pozostają wewnątrz jednego Ciała i razem są zobowiązani słuchać Słowa Bożego, rozeznawać i pozostawać wiernymi depozytowi wiary. Synodalność bez słuchania Ducha staje się procedurą. Ekumenizm bez nawrócenia staje się dyplomacją. Kościół powszechny żyje w konkretnych Kościołach lokalnych, zgromadzonych wokół Słowa, Eucharystii i apostolskiej posługi.
Żaden Kościół lokalny nie istnieje jednak po to, aby zamknąć się w sobie. Powinien pozostawać otwarty na komunię z innymi Kościołami, które wyznają apostolską wiarę i żyją tym samym pragnieniem wierności Chrystusowi. Lokalność bez komunii prowadzi do izolacji. Powszechność bez rzeczywistego zakorzenienia w żywej wspólnocie staje się abstrakcją.
Kościół potrzebuje obu tych wymiarów, ponieważ sam Chrystus gromadzi ludzi w konkretnych wspólnotach, ale nie pozwala im zatrzymać Go wyłącznie dla siebie. Najgłębiej prawdę tę odsłania Eucharystia. Apostoł Paweł pisał: „Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało” (1 Kor 10,17). Jeden Chleb i jedno Ciało nie są poetyckim obrazem.
Dotykają samego serca eklezjologii. Dlatego podział chrześcijan staje się szczególnie bolesny właśnie przy ołtarzu. Możemy wspólnie rozmawiać, modlić się, służyć ubogim, bronić godności człowieka i podejmować dzieła miłosierdzia, a jednak pytanie o wspólny Stół Pański przypomina nam, że pełnia jedności nie została jeszcze osiągnięta. Trzeba tutaj zachować uczciwość w obie strony.
Eucharystii nie wolno używać jako łatwego narzędzia do udowodnienia jedności, której jeszcze nie potrafimy wspólnie wyznać. Nie wolno jednak również przyzwyczaić się do sytuacji, w której ochrzczeni w jednego Chrystusa przez pokolenia stoją przed różnymi ołtarzami i zaczynają uważać, że nie ma w tym nic, co powinno boleć. Rozdarcie eucharystyczne nie jest rozwiązaniem problemu podziału. Jest jednym z jego najbardziej widzialnych znaków.
W synodalnym wezwaniu jedność nie zostaje sprowadzona do wymiaru organizacyjnego czy instytucjonalnego. Jej najgłębszym punktem odniesienia pozostaje modlitwa Chrystusa: „aby wszyscy stanowili jedno” (J 17,21), w której jedność uczniów zostaje ukazana w odniesieniu do jedności Ojca i Syna oraz powiązana ze świadectwem dawanym światu. Ewangelia nie mówi w tym miejscu o strukturach Kościoła, lecz o rzeczywistej komunii zakorzenionej w Bogu. Dzieje Apostolskie pokazują natomiast, że od początku komunia uczniów przybierała konkretny i widzialny kształt we wspólnocie, nauce Apostołów, łamaniu chleba i modlitwie (Dz 2,42).
Dlatego widzialny porządek może służyć jedności, ale nie może jej zastąpić. Sama struktura nie urzeczywistni tego, o co modlił się Chrystus, jeżeli zabraknie rzeczywistej komunii Jego uczniów. Ekumenizm rozpoczyna się dlatego nie od dokumentów, lecz od nawrócenia. Zanim zapytamy, co inni powinni zmienić, Ewangelia zmusza nas do pytania, co wymaga oczyszczenia w nas samych.
Łatwo opowiadać historię chrześcijaństwa tak, aby cała wina zawsze znajdowała się po drugiej stronie. Trudniej uznać, że pycha, strach, ambicja, polityka, interes instytucjonalny, uprzedzenie i niezdolność słuchania przenikały przez wieki życie wszystkich Kościołów. Nie można uzdrowić pamięci, jeżeli pamięć staje się narzędziem samoobrony. Kościół nie traci godności, gdy uznaje grzech swoich ludzi.
Przeciwnie, wtedy pokazuje, że jego świętość pochodzi od Chrystusa, a nie z bezgrzeszności jego członków. Nie wolno jednak zatrzymać się na podziałach odziedziczonych po historii. Byłoby to zbyt wygodne. Wiele granic pomiędzy chrześcijanami otrzymaliśmy po poprzednich pokoleniach, ale inne budujemy dzisiaj własnymi rękami.
Powstają w języku, którym opisujemy drugiego. W podejrzliwości wobec wszystkiego, co nie jest nasze. W kościelnym poczuciu wyższości. W publicznych wypowiedziach, które nie próbują zrozumieć, lecz od razu klasyfikują i odrzucają.
W rywalizacji o wiernych. W ukrytej satysfakcji z osłabienia innej wspólnoty. W przekonaniu, że cudza porażka może być naszym sukcesem. Jeżeli tak myślimy, nie tylko dziedziczymy podział.
My go produkujemy. W tym miejscu słowa Chrystusa z Wieczernika przestają być pocieszeniem, a stają się sądem nad naszym postępowaniem: „aby wszyscy stanowili jedno (...) aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17,21). Jezus sam łączy jedność uczniów z wiarygodnością ich świadectwa wobec świata. To znaczy, że sposób, w jaki chrześcijanie traktują siebie nawzajem, nie jest sprawą drugorzędną.
Każda publiczna pogarda, każde umniejszanie drugiego Kościoła, każda próba budowania własnej pozycji przez wykluczenie innego chrześcijanina dotyka nie tylko relacji między nami. Dotyka wiarygodności Ewangelii, którą wspólnie mamy głosić. Szczególne znaczenie ma tutaj chrzest. Apostoł Paweł pisze: „Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało” (1 Kor 12,13).
Chrzest nie jest legitymacją przynależności do religijnej organizacji. Jest zanurzeniem w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Dlatego ochrzczony chrześcijanin należący do innej wspólnoty nie jest najpierw przedstawicielem konkurencyjnej instytucji. Pierwszym faktem teologicznym jest to, że w chrzcie został naznaczony imieniem Chrystusa.
Różnice pozostają realne. Nie wszystkie wspólnoty rozumieją Kościół, urząd czy sakramenty w ten sam sposób. Ale żadna różnica nie daje nam prawa do odebrania drugiemu należnego mu szacunku. Ten szacunek nie jest grzecznością.
Wynika z teologii chrztu. Jeżeli Bóg przyjął człowieka do wspólnoty z Chrystusem, nie wolno nam traktować go tak, jakby jego godność zależała od naszego kościelnego uznania. Możemy prowadzić poważny spór doktrynalny. Możemy powiedzieć, że nie istnieje pełna komunia.
Możemy wskazać miejsca, w których nasze rozumienie wiary jest niezgodne. Nie wolno jednak zamieniać różnicy w pogardę. Nie wolno z niepełnej komunii czynić pretekstu do niechrześcijańskiego języka. Nie wolno bronić prawdy w sposób, który zaprzecza miłości.
Właśnie dlatego szczególnie duża odpowiedzialność spoczywa na duchownych i na osobach, które podejmują zadanie reprezentowania relacji między Kościołami. Ich słowo może budować zaufanie przez lata, ale może też jednym zdaniem zniszczyć to, co inni cierpliwie tworzyli. Urząd kościelny nie daje prawa do większej swobody w poniżaniu. Przeciwnie, nakłada większy obowiązek roztropności, precyzji i świadomości skutków wypowiadanych słów.
Nie można głosić jedności Kościoła, a równocześnie posługiwać się językiem podejrzliwości, wyższości i wykluczenia. Nie można powoływać się na wolę Chrystusa w liturgii, a zaprzeczać jej sposobem publicznej wypowiedzi. Dialog ekumeniczny nie polega na tym, że jedna strona przyznaje drugiej prawo do istnienia. Godność ochrzczonych nie pochodzi od przewodniczących komisji, rad ani gremiów ekumenicznych.
Kościelność nie powstaje przez administracyjne uznanie. Można i trzeba rozeznawać, co w danej wspólnocie pozostaje zgodne z apostolską wiarą. Można prowadzić spór o urząd, sukcesję, Eucharystię, prymat i Tradycję. Można stwierdzić brak pełnej komunii.
Nie wolno jednak zastępować teologii gestem odrzucenia. Gdy rozmowa kończy się zanim naprawdę się zacznie, nie jest to obrona prawdy, lecz rezygnacja z obowiązku jej wspólnego poszukiwania. Trzeba powiedzieć więcej. Nie tylko historia podzieliła chrześcijan.
Podziały tworzymy także dzisiaj, często w sposób bardziej subtelny, bo ubrany w język troski o ortodoksję, tożsamość lub porządek. Czasami za tymi słowami rzeczywiście stoi odpowiedzialność za wiarę. Czasami jednak stoi lęk przed spotkaniem, potrzeba zachowania przewagi albo przyzwyczajenie do myślenia, że Kościół obok jest przede wszystkim konkurencją. Ewangelia każe nam te motywacje rozeznawać.
Nie wszystko, co nazywamy obroną tożsamości, służy Chrystusowi. Nie wszystko, co nazywamy wiernością, jest wolne od ludzkiej pychy. Żyjemy równocześnie w czasie głębokiej sekularyzacji. Coraz więcej ludzi odchodzi od Kościołów albo nigdy nie dochodzi do przekonania, że Kościół może być dla nich wiarygodnym miejscem spotkania z Bogiem.
Rosną wpływy ideologii i sposobów myślenia, które są odległe od Ewangelii albo wprost z nią sprzeczne. Nie wolno jednak odpowiadać na ten stan prostym oskarżeniem świata. Kościół musi również zapytać o jakość własnego świadectwa. Jeżeli mówimy o pojednaniu, a sami nie potrafimy ze sobą rozmawiać, jeżeli głosimy miłość, a publicznie okazujemy sobie pogardę, jeżeli wzywamy ludzi do nawrócenia, a sami nie potrafimy uznać własnych błędów, wtedy problem nie znajduje się wyłącznie poza Kościołem.
Nie twierdzimy, że podziały chrześcijaństwa są jedyną przyczyną sekularyzacji. Byłoby to uproszczenie. Nie mamy jednak prawa udawać, że nie mają znaczenia. Chrystus sam połączył jedność swoich uczniów z tym, „aby świat uwierzył”.
Skoro tak, rozdarcie uczniów musi wpływać na wiarygodność ich świadectwa. Nie da się bez końca mówić ludziom o jednym Zbawicielu, a równocześnie przedstawiać im chrześcijaństwo jako przestrzeń trwałej nieufności, wzajemnego kwestionowania i konkurencji. Żaden Kościół i żaden chrześcijanin nie ma dzisiaj podstaw do samozadowolenia z owoców ewangelizacji. Nie wtedy, gdy całe pokolenia tracą kontakt z Ewangelią.
Nie wtedy, gdy dla wielu młodych ludzi chrześcijaństwo kojarzy się bardziej z konfliktem instytucji niż z osobą Jezusa Chrystusa. Nie wtedy, gdy świadectwo uczniów bywa słabsze od przekazu ideologii, które oferują człowiekowi prostsze odpowiedzi, mocniejsze emocje i pozornie bardziej spójną wspólnotę. Możemy uważać, że problem leży wyłącznie w świecie. Możemy jednak również uczciwie zapytać, czy sami nie uczyniliśmy Ewangelii mniej czytelną przez sposób, w jaki ją reprezentujemy.
To pytanie dotyczy wszystkich. Nie ma Kościoła, który mógłby z bezpiecznej odległości oceniać pozostałych. Nie ma wspólnoty całkowicie wolnej od grzechu swoich ludzi, błędów osądu, zamknięcia, lęku i pokusy samowystarczalności. Jeżeli współczesny człowiek odwraca się od chrześcijaństwa, nie zawsze czyni to dlatego, że odrzucił Chrystusa.
Czasami odrzuca obraz chrześcijaństwa, który sami mu pokazaliśmy. To powinno nas boleć bardziej niż utrata statystycznej przewagi. Kościół Chrystusa nie jest rynkiem religijnym. Nie zostaliśmy posłani, aby walczyć o udział w rynku wiary, o wpływy, prestiż i pierwszeństwo.
Apostoł Paweł pytał Koryntian: „Czyż Chrystus jest podzielony?” (1 Kor 1,13). To pytanie pozostaje aktualne zawsze wtedy, gdy zaczynamy myśleć o innych chrześcijanach przede wszystkim jako o konkurencji. Jeżeli cieszy nas osłabienie innego Kościoła, powinniśmy zapytać, z czego właściwie się cieszymy.
Czy z większej chwały Chrystusa, czy jedynie z lepszej pozycji własnej wspólnoty. Jedność nie jest przy tym techniką ewangelizacyjną. Nie jednoczymy się po to, aby poprawić wizerunek chrześcijaństwa. Jedność należy do samej Ewangelii.
Chrystus umiera, „aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno” (J 11,52). W Nim człowiek zostaje pojednany z Bogiem i z drugim człowiekiem. Jeżeli więc Kościół głosi pojednanie, sam musi pozwalać się pojednywać. Nie może wiarygodnie przepowiadać światu przebaczenia, jeżeli własne rany traktuje jak dziedzictwo, którego nie wolno dotknąć.
Nie może wzywać narodów do pokoju, jeśli własne podziały uważa za rzecz obojętną. Pojednanie nie jest jednak dziełem samej dobrej woli. Synodalne wezwanie przypomina, że jest ono owocem łaski i posłuszeństwa Duchowi Świętemu. Możemy powołać komisję, podpisać deklarację i zorganizować nabożeństwo.
Komunii nie można wyprodukować. Jest darem. Dar ten nie zwalnia nas jednak z odpowiedzialności. Łaska nie usprawiedliwia bierności.
Przeciwnie, domaga się współpracy. Dlatego modlitwa o jedność nie jest dodatkiem do dialogu. Jest jego fundamentem. Potrzebujemy również cierpliwości.
Podziały, które narastały przez stulecia, nie znikną w czasie jednego spotkania. Są pytania, których nie rozwiąże jedno pokolenie teologów. Są rany pamięci, których nie uleczy jeden gest. Cierpliwość nie może jednak stać się innym imieniem obojętności.
Możemy nie znać daty pełnego pojednania Kościołów, ale już dzisiaj wiemy, jak nie wolno traktować drugiego chrześcijanina. Już dzisiaj możemy przestać posługiwać się pogardą. Już dzisiaj możemy odrzucić stereotyp. Już dzisiaj możemy modlić się za siebie nawzajem i współpracować tam, gdzie ludzkie cierpienie domaga się wspólnej odpowiedzi.
Wielkie słowo „jedność” staje się konkretne w życiu zwykłych ludzi. W rodzinie, w której małżonkowie należą do różnych Kościołów. Przy łóżku chorego, przy którym modlą się chrześcijanie różnych tradycji. Przy grobie człowieka, wobec którego śmierci nasze spory nagle tracą część swojej pozornej wielkości.
W pytaniu dziecka, dlaczego ludzie wierzący w tego samego Jezusa nie zawsze mogą stanąć razem przy jednym ołtarzu. W takich chwilach nie wystarcza odpowiedź administracyjna. Człowiek potrzebuje prawdy wypowiedzianej z miłością, a Kościół powinien mieć dość pokory, aby nie przerzucać na wiernych całego ciężaru własnych historycznych i współczesnych podziałów. Dlatego zwracam się szczególnie do duchownych naszego Kościoła.
Strzeżcie powierzonej wam wiary, ale nigdy nie mylcie jej obrony z niechęcią do drugiego człowieka. Poznawajcie własną tradycję głębiej niż przez historię sporów. Uczcie wiernych tego, co wyznajemy, a nie tylko tego, od czego się odróżniamy. Nie budujcie autorytetu przez pomniejszanie innych Kościołów.
Nie powtarzajcie stereotypów, których sami nie sprawdziliście. Nie przedstawiajcie stanowiska drugiej strony w formie, której ona sama by nie rozpoznała. Człowiek zakorzeniony w wierze nie musi obawiać się rozmowy. Do wszystkich wiernych kieruję natomiast prośbę, aby modlitwa o jedność nie była modlitwą odmawianą wyłącznie podczas jednego tygodnia w roku.
Niech stanie się częścią naszej duchowości. Módlmy się za Kościoły, z którymi nie pozostajemy w pełnej komunii, za ich biskupów, duchownych i wiernych. Uczmy się rozpoznawać dobro wszędzie tam, gdzie ludzie wyznają Chrystusa, słuchają Ewangelii, służą ubogim, bronią skrzywdzonych i szukają prawdy. Jednocześnie prośmy Boga, aby chronił nas przed łatwym irenizmem, który dla świętego spokoju przemilcza realne różnice.
Chrystus nie potrzebuje ani wojny religijnej, ani taniego pokoju. Potrzebuje uczniów wiernych prawdzie i zdolnych do miłości. III Synod Generalny wypowiedział swoje wezwanie w konkretnym momencie historii naszego Kościoła, ale jego znaczenie sięga dalej niż jedno zgromadzenie. Uchwała zobowiązuje nas do określonego sposobu myślenia o Kościele.
Nie jesteśmy samotną wyspą chrześcijaństwa. Nie mamy całego Chrystusa wyłącznie dla siebie. Nie jesteśmy właścicielami łaski. To, co otrzymaliśmy jako dziedzictwo wiary, mamy zachować i przekazać, ale nie po to, aby uczynić z niego mur. Dziedzictwo, które nie prowadzi ku Chrystusowi i ku głębszej komunii Jego uczniów, łatwo staje się muzeum własnej odrębności.
W Wieczerniku Chrystus nie modlił się o triumf jednej grupy uczniów nad drugą. Modlił się, aby byli jedno. Na Golgocie nie oddał życia za jedną denominację. Oddał siebie „za życie świata” (J 6,51).
W chrzcie nie zanurza nas w historię naszych sporów, lecz we własną śmierć i zmartwychwstanie. W Eucharystii nie gromadzi nas wokół naszych zasług, lecz wokół swojego Ciała wydanego i Krwi przelanej. Dlatego wszystko, co w Kościele prowadzi ku Chrystusowi, powinno również prowadzić ku jedności. Wszystko natomiast, co czyni z Kościoła narzędzie ludzkiej pychy, wcześniej czy później tę jedność rani.
Niech więc słowa Synodu nie pozostaną dokumentem zamkniętym w archiwum. Niech staną się rachunkiem sumienia dla duchownych i wiernych. Niech pytają nas, czy naprawdę pragniemy jedności, czy tylko lubimy o niej mówić. Czy potrafimy odróżnić wierność od uporu.
Czy umiemy wypowiedzieć własne przekonania bez poniżania drugiego. Czy mamy odwagę przyznać, że również my potrzebujemy nawrócenia. Czy wierzymy, że wola Zbawiciela wypowiedziana w Wieczerniku jest nadal zobowiązaniem dla Kościoła, czy też w praktyce uznaliśmy ją za piękne zdanie, które niewiele kosztuje. To ostatnie pytanie jest być może najtrudniejsze.
Jeśli słowa „aby wszyscy stanowili jedno” traktujemy jako rzeczywistą wolę Chrystusa, muszą one mieć konsekwencje dla naszego języka, decyzji, relacji i sposobu budowania kościelnej tożsamości. Jeżeli nie mają żadnych konsekwencji, oznacza to, że pozostawiliśmy je w Ewangelii, ale usunęliśmy z praktyki. Kościół nie może sobie na to pozwolić bez utraty części własnej wiarygodności. Jedność Kościoła nie rozpoczyna się od nas i na nas się nie kończy.
Jej początkiem jest Chrystus. Jej sprawcą jest Duch Święty. Jej źródłem jest miłość Ojca. Jej przestrzenią jest Kościół.
Jej sakramentalnym znakiem pozostaje jeden Chrzest i jeden Chleb. Jej drogą są prawda, modlitwa, nawrócenie, cierpliwość i Krzyż. Jej celem jest chwała Boga i zbawienie świata. Dlatego razem z III Synodem Generalnym Narodowego Kościoła Katolickiego ponawiam wezwanie do modlitwy za wszystkich, którzy podejmują trud pojednania pomiędzy uczniami Chrystusa.
Za teologów, którzy cierpliwie badają to, co przez wieki stało się przedmiotem podziału. Za biskupów i duchownych, na których spoczywa odpowiedzialność za słowo i decyzje. Za wspólnoty lokalne, które uczą się spotkania. Za rodziny, w których różne tradycje chrześcijańskie spotykają się każdego dnia przy jednym stole.
Za tych, którzy utracili nadzieję, że widzialna jedność chrześcijan jest jeszcze możliwa. Nie wolno nam utracić tej nadziei. Ten sam Duch, który pozwolił Apostołom po sporze powiedzieć „Duch Święty i my”, nie przestał działać w Kościele. Ten sam Chrystus, który modlił się „aby wszyscy stanowili jedno”, nadal jest Głową swojego Ciała.
Ten sam Bóg, który z wielu narodów i języków tworzy jeden lud, potrafi przekroczyć granice naszych lęków, przyzwyczajeń i historii. Naszym zadaniem jest nie przeszkadzać Jego łasce, lecz pozostawać jej posłusznymi. Niech więc Chrystus, Syn Boga żywego, którego wyznał Piotr i którego głosił Paweł, zachowa swój Kościół w jedności, prawdzie i miłości. Niech Duch Święty uczy nas słuchać siebie nawzajem i rozpoznawać to, co prowadzi do pojednania.
Niech nasze wspólnoty pozostają miejscem wiernego głoszenia Ewangelii, sprawowania Eucharystii, modlitwy, służby i przebaczenia. A świadectwo Apostołów niech nie stanie się dla nas pomnikiem przeszłości, lecz zobowiązaniem, abyśmy także w naszych czasach potrafili z pokorą powiedzieć: „Duch Święty i my”.
Z pasterskim błogosławieństwem
Dano dnia 14 września Roku Pańskiego 2026,
w Święto Podwyższenia Krzyża Świętego,
po III Synodzie Generalnym Narodowego Kościoła Katolickiego.